Zwiń

Nie masz konta? Zarejestruj się

Ekspert: Komisja Europejska może uznać energetykę jądrową za "zieloną"

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Elektrownia jądrowa Dukovany w Czechach, należąca do koncernu CEZ. Wielkie kominy kontrastują z małą kapliczką zlokalizowaną w pobliżu elektrowni.
Elektrownia jądrowa Dukovany w Czechach, należąca do koncernu CEZ. Wielkie kominy kontrastują z małą kapliczką zlokalizowaną w pobliżu elektrowni.
Martin Divisek
Bloomberg

Komisja Europejska rozważa włączenie energii jądrowej do swojej zielonej taksonomii finansowania, co oznaczałoby możliwość pozyskiwania korzystnego finansowania - mówi w rozmowie z PAP analityk rynku energetycznego z Berlina Thomas O'Donnell.

"Z jednej strony, w marcu Komisja otrzymała raporty stwierdzające, że odpady jądrowe nie stanowią istotnego zagrożenia dla środowiska. Z drugiej, jest coraz mocniej konfrontowana z ewidentnymi wadami podejścia zakładającego przejście na 100 proc. odnawialnych źródeł energii bez atomu" - mówi O'Donnell, analityk rynku energetycznego i wykładowca prywatnego berlińskiego uniwersytetu Hertie School of Governance.

"Organy ds. energii jądrowej, zdrowia publicznego, oceny ryzyka i inne grona eksperckie mówią takie rzeczy od lat. Powstaje zatem pytanie, dlaczego ten naukowy konsensus dopiero teraz staje się możliwy do zastosowania przez Komisję? Może unijna biurokracja w końcu czuje się zmuszona do pokazania rzeczywistych rezultatów swoich działań, co wymaga zmierzenia się z realiami naukowo-technicznymi, a nie trwania w świecie ideologicznych frazesów" - analizuje ekspert.

Przypomina, że Niemcy, których model transformacji energetycznej (Energiewende) zakłada docelowo przejście na 100 proc. odnawialnych źródeł energii są koronnym przykładem fiaska takiego podejścia. W 2020 r. nie tylko kolejny rok z rzędu nie osiągnęły celów programu, ale mają też jedne z najwyższych cen prądu w Europie, a węgiel znów jest u nich głównym źródłem energii.

"W 2021 r. Niemcy zostały zmuszone do zwiększenia zużycia węgla o 35 proc. w stosunku do 2020 r. ze względu na ponad 25-proc. spadek siły wiatru na początku tego roku w porównaniu z poprzednim. W związku z tym 27 proc. energii elektrycznej w tym kraju pozyskuje się obecnie z węgla. Jeśli sytuacja powtórzy się w przyszłym roku, po zniknięciu ostatnich elektrowni jądrowych, to trzeba będzie w Niemczech zwiększyć zużycie węgla do produkcji energii elektrycznej o kolejne 11 proc. w porównaniu z 2020 r." - przewiduje O'Donnell.

"Najistotniejsze jest jednak to, że oficjalny niezależny raport na temat realizacji Energiewende w 2020 r. wskazuje, że w przyszłości nie będzie możliwe wytwarzanie wystarczającej ilości energii elektrycznej w kraju ze źródeł odnawialnych, aby zaspokoić nawet popyt wewnętrzny. Pojawiają się zatem propozycje niemieckich inwestycji w odnawialne źródła energii za granicą. Miałyby one jednak być traktowane, jako element wypełnienia obowiązków w zakresie dekarbonizacji nałożonych na RFN przez UE. Czy nie jest to czasem rodzaj kolonializmu?" - pyta ekspert.

Zwraca on uwagę, że oficjalne komunikaty wygłaszane dotychczas przez Brukselę nt. transformacji energetycznej brzmiały mniej więcej tak: "cała niezbędna technologia już istnieje", "ceny instalacji wiatrowych i słonecznych spadają", a więc "potrzebna jest tylko wola polityczna", po prostu "więcej ambicji". Jest to jednak zdaniem Thomasa O'Donnella kolejny przykład "oficjalnego optymizmu", który jest w dużym stopniu pozbawiony korelacji z rzeczywistością.

"Redukcja kosztów instalacji turbin wiatrowych i paneli fotowoltaicznych to fakt. Problemem jest jednak natura: potencjalny brak wiatru i słońca. Nadmierne poleganie na OZE zawsze będzie wymagało kosztownego przeprojektowania i przebudowy krajowych sieci przesyłowych i dystrybucyjnych, a także kosztowych instalacji magazynowania energii. Większość koniecznych technologii nie jest jeszcze odpowiednio rozwinięta" - konstatuje analityk.

"Nawet w wyjątkowo bogatych i posiadających zaawansowane technologie Niemczech coroczne raporty pokazują, że postępy w wymienionych dziedzinach są +bardzo rozczarowujące+ i ministrowie zwyczajowo używają słowa +kryzys+ na opisanie tej sytuacji. Eksperci z Europy Wschodniej, słusznie zadają zatem pytanie: jeśli Niemcy nadal nie są wstanie stworzyć inteligentnych sieci i magazynów na prąd, to jak mają to zrobić kraje mniej rozwinięte?" - przypomina ekspert.

Thomas O'Donnell przywołuje dane z których wynika, że inwestycje w OZE są opłacalne, jeśli źródła te stanowią około 20-24 proc. miksu energetycznego. Pod warunkiem istnienia nowoczesnej sieci i braku nadzwyczajnych zakłóceń techniczno-społeczno-ekonomicznych - zastrzega.

"Siedem państw członkowskich z inicjatywy Francji złożyło niedawno petycję do Komisji, domagając się od niej poszanowania opinii jej własnego środowiska naukowego i uznania energii jądrowej za +zieloną+. Polska jest szczególnie zainteresowana tą decyzją, bo planuje budowę sześciu do dziewięciu dużych elektrowni jądrowych, pierwszej do 2033 r., i nalega, aby Komisja wsparła ją finansowo, tak jak każdą inną +zieloną+ energię. Dla Warszawy jest to sensowna alternatywa dla jej dużej zależności od węgla i irracjonalnej konieczności rewolucjonizowania sieci" - uważa O'Donnell.

Problemem według O'Donnella jest jednak "ideologiczny opór Austrii, Włoch i - przede wszystkim - Niemiec", które obecnie aktywnie lobbują w Komisji przeciwko uznaniu atomu za +zielone+ źródło energii.

"Komisja podobno czeka na wynik wyborów w RFN, aby ogłosić atom jako część swojej zielonej taksonomii finansowej. Wynika to prawdopodobnie z tego, że Bruksela nie chce stawiać w trudnym położeniu żadnej z niemieckich partii, która może współtworzyć rząd. Wszystkie one bowiem popierają wycofanie się z atomu 2022 roku. Jeśli Komisja rzeczywiście chce sterować transformacją energetyczną Europy, to powinna zacząć informować wyborców w odpowiednim czasie: tak by mogli podejmować decyzje na podstawie twardych danych" - konkluduje Thomas O'Donnell.